sobota, 14 maja 2011
I. Gdyby w mojej klasie nauczyciel języka polskiego zapytał kogokolwiek o to, czym jest przyjaźń, większość bezzwłocznie rzuciłaby się w poszukiwaniu słownikowej definicji. W ten sposób dowiedzielibyśmy się wszyscy, że to bliskie, serdeczne stosunki z kimś oparte na wzajemnej życzliwości i zaufaniu. Być może jest w tej definicji choć krztyna prawdy. Jednak w moim przekonaniu jest to o wiele za mało. W końcu czego można spodziewać się po słownikowym wytłumaczeniu? Osobiście nie odezwałbym się na głos, bo moje przekonanie można uznać za kontrowersyjne. Po pierwsze przyjaźń to nie są po prostu bliskie stosunki. Po drugie nie opierają się one na życzliwości. Po trzecie jak można przyjaźń sprowadzić do tak mało mówiącej formułki? Ten zarzut kieruję do autorów słownika, którzy mają ograniczone możliwości, ale raczej do klasy, która zgadza się z kolegą, który przeczytał tę kwestię. Dlaczego nikt się nie sprzeciwia? Czy naprawdę nikt nie podziela mojego zdania, że przyjaźń to przede wszystkim... miłość? W ten sam sposób dowiaduję się, że w tym pomieszczeniu nie znajduje się osoba, która mogłaby stać się moim przyjacielem. A to ciekawe, bo w tym pomieszczeniu znajduje się osoba, która przez półtora roku moim przyjacielem była. Była? Nie. To nie mogła być przyjaźń. II. W moim "Małym Poradniku Życia" w dniu dwunastym maja pojawiła się porada mówiąca, bym pomyślał dwa razy, zanim obciążę przyjaciela swoją tajemnicą. Nie zrobiłem tego. To znaczy, nie pomyślałem dwa razy. I teraz tego żałuję. Zdradziłem tajemnicę osobie, z którą nie łączy mnie już nic specjalnego. Chociaż moje sekrety są już nieaktualne (uległy przedawnieniu, od tamtej pory stałem się innym człowiekiem), w świadomości drugiego człowieka istnieją jako apetyczne kąski, która można by sprzedać. Dlatego wciąż żyję w niepewności, że mimochodem wyciekną. Pluję sobie w brodę, dlaczego u licha dałem się podpuścić i zdradziłem się komuś, kto moim przyjacielem być nie mógł? I nie był, choć tak razem myśleliśmy. Jednak ja wyznaję zasadę Publiliusa Syrusa, wedle której przyjaźń, która się kończy, tak naprawdę nigdy się nie zaczęła. Bo to prawda. To niesamowita więź między ludźmi, której nie można przerwać, a jeśli już tak się dzieje, to nie było to. I to ja skończyłem tę więź nie podając przyczyny, po prostu ją przerwałem. Być może w czyichś oczach nie zagrałem fair-play, ale ja swoje wiem. I widzę, co się działo. Nie chciałem być już prawdziwym przyjacielem, a mieć przyjaciela pospolitego. To niesprawiedliwe. III. Tyle się nagadałem, ale do końca nie wytłumaczyłem czym jest dla mnie przyjaźń? Moje stanowisko w tej sprawie w większej części nakłada się na to autorstwa Clive'a Staplesa Lewisa, które zapisał w swojej powieści "Cztery miłości". To uczucie jest miłością skromną, altruistyczną, indywidualną i wręcz niebiologiczną oraz nieprzydatną społeczeństwu, czasem wręcz dlań szkodliwą. Wiele osób łączy ten rodzaj miłości z miłością erotyczną (bo tak zwani przyjaciele zawsze równają się kochankom), choć jest to największy błąd współczesnego myślenia. W dzisiejszym świecie zjawisko przyjaźni zostało zmarginalizowane. Jak inaczej określić fakt, że te dzisiejsze przyjaźnie zawiązuje się poprzez zadanie pytania na czacie chcesz zostać moim przyjacielem?. Wynika to tylko z faktu samotności danego człowieka. Niewykluczone, że następstwem takiego spotkania będzie przyjaźń, ale graniczy to z cudem. Dzisiaj mylimy towarzyskość i przywiązanie z tym, co jest przyjaźnią naprawdę. Przyjaźń rodzi się z relacji towarzyskich w momencie, kiedy dwoje albo więcej znajomych odkrywa, że łączą ich wspólne przekonania, zainteresowania albo upodobania, których nie podzielają inni, a które każdy z nich uznawał wyłącznie za swój prywatny skarb (albo prywatne brzemię). To trochę tak jak Pauline Kael w jednym ze swoich esejów stwierdziła, że bratnią duszę rozpoznamy wtedy, gdy mniej ona mówi o dobrych filmach niż o tym, co ją zachwyca w tych złych. Jest to podsumowanie wszystkich moich poszukiwań dobrego przyjaciela. Istnieje też kilka innych wyróżników, na które powinienem zwracać uwagę. IV. Kochankowie, osoby, których łączy miłość erotyczna muszą rozmawiać o swojej miłości natomiast przyjaciele prawie nie rozmawiają o swojej przyjaźni. Ci pierwsi są w siebie wpatrzeni, ci drudzy wpatrują się wspólny obiekt. Nie łączy ich odpowiedź na pytanie, ale fakt, że zastanawiają się nad tym samym, dostrzegają, że oboje dostrzegają niezwykłą ważność w tym, co ich nurtuje. Bo przyjaźń musi się na czymś opierać. Po prostu musi. Nieważne na czym, ale punkt podparcia musi istnieć. Poza tym, kiedy ludzie stają się dla siebie przyjacielami, automatycznie są izolowani od grupy. Oto znaleźli wspólny język, wspólny temat, wspólny skarb - siebie. I wtedy otacza ich samotność, którą chętnie by zmniejszyli, dlatego też z radością witają trzeciego w swoim gronie. Najciekawszą kwestią jest fakt, że przyjaźń pozbawiona jest ciekawości. Kto powiedział, że musisz znać swojego przyjaciela w stu procentach? Kto wymyślił bezsensowne wieczorki przy kawie, podczas których masz zwierzyć się mi ze swoich sekretów? Można się z kimś przyjaźnić i jednocześnie nie wiedzieć, czy ma rodzinę, gdzie pracuje, czego się uczy. Prędzej czy później się tego dowiemy, ale nie poprzez natarczywe pytania powiedz mi coś, czego o tobie nie wiem. To punkty wyjścia dla anegdot, podczas opowieści, którymi samy chcemy się podzielić. Dzisiaj byłem na uczelni, miałem egzamin z literatury romantyzmu, i wtedy zauważyłem, że mam różne buty. Błahy przykład, ale nagle druga osoba dowiaduje się, co nasz przyjaciel studiuje. Przyjaźń powinna być pozbawiona nadmiernej ciekawości. V. Można mnie oceniać, czy nie mam zbyt wygórowanych oczekiwań. Być może tak jest. Ale sam stwierdziłem, że przyjaźń jest niebiologiczną miłością, zbędną do życia. Więc jeśli nigdy mam nie znaleźć prawdziwego przyjaciela, wolę się obejść także bez pospolitego. I uczę się na błędach, że zanim uznam kogoś za godnego swojej przyjaźni, muszę się zastanowić, nie dwa, ale dziesięć razy. I nawet jeśli nie potrzebuję, nie oznacza to, że nie przestanę szukać. Bo przyjaźń to miłość piękna, piękniejsza od niej jest tylko miłość Caritas.
sobota, 07 maja 2011
I. Czasami warto wiedzieć kim jest autor treści, którą się czyta. Prawdopodobnie tak będzie w tym właśnie przypadku. Nie wiem. Nie jestem jasnowidzem. Mogę jednak spróbować przybliżyć potencjalnemu czytelnikowi najbardziej moim zdaniem istotne informacje przydatne w dyskusji. Jestem chłopcem, jeszcze nie mężczyzną. Od razu zaznaczam, że, daj Boże, aseksualnym. Urodziłem się w ubiegłym wieku, nieszczęsny rocznik '96. Ten właśnie fakt jest tak samo ważny, jak ten, że Mickiewicz przebywał poza ojczyzną, gdy interpretuje się jego utwory. Może trochę mniej. Jestem zacofanym w myśleniu liberalnym konserwatystą. Na domiar złego katolikiem. I to rzymskim. Raczej nie zagląda się blogerom do kieszeni. Mimo to wyjawię niezbyt pilnie strzeżony sekret, że moje oszczędności są przeznaczane na jeden cel. Tylko i wyłącznie (tak, tak, tautologia). Na kino raz w tygodniu. Albo i częściej. Kinematografia, literatura, filozofia - oto moja trójca zainteresowań. Dalej już tylko językoznawstwo i teologia. Czysty humanizm. Czyli co? Państwo ma na utrzymaniu kolejnego darmozjada. Pewnie zostanę kolejnym humanistą na ulicy szukającym pracy, a co! W sumie to zbyt daleka przyszłość. Tylko tyle, lub aż tyle, chciałem o sobie napisać. Mam nadzieję, że wystarczy. II. O czym pisać mam zamiar? Trudno określić. Chciałbym o wszystkim, choć to prawie niemożliwe. Szukając pretekstów w moim otoczeniu wynajdywać ciekawe tematy. Jak zawsze wyjdzie misz-masz. Powiedzmy, nieład artystyczny, wręcz humanistyczny. No więc tak. Głębokie do granic przyzwoitości refleksje nad kondycją świata, twory felietonopodobne czy pożalsięboże recenzje. Albo pierdoły wypisane pod wpływem mojego złego humoru. Czyli to, co siedzi w mojej głowie. Na bieżąco lub z refleksem szachisty (mam ten refleks, chociaż nie gram w szachy ). Niczego wolę nie zapowiadać, bo i tak wyjdzie w praniu. Chociażbym chciał zaprosić wszystkich do inteligentnej rozmowy, to wiem, że taka nie jest możliwa do przeprowadzenia. Z mojego powodu. Zawsze można spróbować. Jak nietrudno będzie można zauważyć, nie jestem do końca asertywny. Ale ćwiczę. Póki co można odwracać to przeciwko mnie. Nietrudne zadanie. III. Na koniec winny jestem wszystkim wyjaśnień. No bo kto by pomyślał, że można stworzyć coś bardziej niedorzecznego niż "Blog Melioratywny". Jak wszyscy doskonale wiemy, określenie melioratywny (zarówno jak i jego antonim pejoratywny) stosowane jest wyłącznie w językoznawstwie. Dlaczego popełniłem tak rażący błąd? Pokornie przyznaję, że celowo. Mimo, że wszyscy wszystko wiemy o tym słówku, rzadko go używamy. A ja bezczelnie to wykorzystałem. Być może wprowadziłem w błąd wiele niewinnych osób, które padły ofiarą mojego głupiego żartu. Za to się w tym momencie kajam i błagam o przebaczenie. Oczywiście błędu poprawić nie zamierzam. |
Archiwum
|